Niezależne koncertowanie

 

Ten wpis pochodzi z 31 października 2012 r. i jest odpowiedzią na to.


Akcja "Nie bądź dźwiękoszczelny" jest OK - mimo, iż olała totalnie wklejkę na swoim wallu dotycząca jesiennej trasy Thesis ;) Dobrze jest zwrócić uwagę na to, że przeżywanie muzyki na żywo to coś wyjątkowego - nie odbieram tej akcji wcale jako przerzucania odpowiedzialności za marną frekwencję na koncertach na publiczność.

A jak koncertowanie w Polsce wygląda z perspektywy koncertującego, niezależnego zespołu?

O tak:

1. Czy kluby w Polsce są źle przystosowane do występów na żywo?

Jak to w życiu zazwyczaj bywa, są lepsze i gorsze kluby, z lepszą lub gorszą wentylacją, wiekszą lub mnjejszą (albo bez!) sceną, lepszymi lub gorszymi "przodami". Jako zespół występujący na żywo, zajmujący się organizacją swoich koncertów (nie przerzucający tego obowiązku na podmiot zewnętrzny), bookując swoje koncerty musimy brać pod uwagę wiele rzeczy - począwszy od kwestii finansowych (te lepsze kluby zazwyczaj chcą pieniędzy z góry od zespołu za wynajem klubu na koncert), poprzez konkurencyjną ofertę w danym mieście w danym dniu i jego okolicach, kończąc na renomie samego miejsca (chodzi o to, żeby wybierać kluby, które wśród ludzi odwiedzających koncerty w danym mieście mają renomę dobrych koncertowo miejsc, do których "się chodzi", niekoniecznie na dany koncert, ale też do klubu aby poznać nowych wykonawców).

Co z tego, że w Łodzi był klub Improwizacja, który miał bardzo fajną salę, dużą scenę i niezłe "przody", jeśli ludzie tam nie chodzili? Dlatego wolimy zabookować sobie Agrafkę w Zgierzu pod Łodzią, która może salę ma mniejszą, scenę mniejszą, ale za to panuje tam świetna atmosfera, właściciel lubi to co robi i prowadzi klub z pasją, a do klubu chodzą ludzie i lubią tam spędzać czas.


2. Czy muzycy chcą zbyt wiele oczekując zwrotu za benzynę jeśli jadą 300km na koncert?

Moim zdaniem, są dwa warianty współpracy z klubami - albo "wpływy z biletów = zysk zespołu" (i wtedy to kapela ryzykuje, że będzie w plecy na kosztach dojazdu) albo klub pokrywa koszta dojazdu i noclegu. To nie są niewiadomo jakie koszta, kapele niezależnie nie śpią w Sheratonie i nie jeżdżą nightlinerami, każdy sensowny klub taki wydatek udźwignie, a w takiej sytuacji może np. zaproponować wstęp wolny na koncert i z nawiązką zarobić na te koszta oraz swój zysk sprzedażą alkoholu i różnych przekąsek. Trzeci wariant, to "sprzedanie" koncertu klubowi, ale to może zrobić Kazik albo Kombii, a nie Thesis. Jeszcze nie teraz.

Co do fragmentu o graniu tras za marne grosze, żeby się pokazać, to teraz to jest również aktualne dla debiutantów i niezależnych muzyków - jest nawet o wiele gorzej niż 10 lat temu, bo wtedy wystarczyło zacisnąć zęby przez rok, góra dwa lata, a teraz 5 lat grania za "co łaska" nie wystarczy i wciąż ledwo się wychodzi na zero grając bardziej ambitną muzykę niż disco polo.

Kiedyś zagranie trasy po Polsce z The Gathering to nie był problem jeśli miało się sensownej jakości demo oraz zagrane 20 koncertów i odrobinę wyczucia czasu na wykonanie kilku telefonów, dziś często słyszy się "Kandydatów mamy kilku, ile jesteście w stanie zapłacić za wzięcie udziału w tych koncertach?". Wolny rynek, wygrywa najlepsza oferta.

Dlatego 90% koncertów organizujemy sobie sami, bo jak już inwestujemy w coś swoje pieniądze, to przynajmniej w coś nad czym mamy realną kontrolę.


3. "Amerykańska muzyka alternatywna wyrosła na haśle 'do it yourself', dzisiaj krajowe zespoły przerzucają obowiązek promocji na klub lub szukają managera."

Wróćmy na ziemię, proszę! Jeśli zespół gra na zasadzie "bilety = mój zarobek", wtedy sensownym wydaje się wynajęcie kogoś, kto rozklei plakaty na miejscu i zajmie się lokalną promocją. Można założyć event na facebooku, który nic nie da (przetestowane), oraz dobić się do 2-3 lokalnych gazet i rozgłośni radiowych celem puszczenia informacji o koncercie, co też jest średnio skuteczne, bo często nawet ludzie wygrywający darmowe wejściówki na antenie nie przychodzą potem na koncert i nie odbierają wejściówek.

Plakat na mieście jest najważniejszy - i tyle może zrobić zespół, który nie utrzymuje się z grania. Natomiast jeśli koncert jest grany na zasadzie "kapela przyjedzie i dostanie 300 PLN zwrotu za dojazd, a zysk z baru i ewentualnych biletów = zysk klubu", to chyba logicznym posunięciem managera klubu jest rozpromować imprezę? Inaczej lepiej niech zamknie biznes albo przestanie robić koncerty u siebie w klubie tylko nastawi się na weekendowe dyskoteki i wieczornych sączycieli piwa.

Zawsze wysyłamy do klubów plakaty własnoręcznie zaprojektowane, na nasz koszt wydrukowane i przesłane, żeby chociaż management klubu rozwiesił je w klubie na 2 tygodnie prze koncertem - w końcu to nie jest nadludzki wysiłek, a plakat wiszący przez 2 tygodnie w kiblu klubu zauważy kilkaset osób. Wciąż zbyt często okazuje się, że plakaty leżą pod barem i nikt ich nie powiesił. Nigdy tego nie zrozumiem. Przecież taki plakat = więcej ludzi na koncercie = więcej piwa i tostów sprzedanych przez bar = większy zysk klubu tego wieczoru. WTF?


4. Media.

Tak, w większości nie istnieją jeśli chodzi o promocję koncertów, poza kilkoma zaszczytnymi wyjątkami, którym bardzo dziękuję i kibicuję. Z roku na rok tych wyjątków jest niestety mniej. Czyżby również działał wolny rynek i jeśli na czymś się nie da szybko zarobić, to lepiej zastąpić to blokiem reklamowym?

Media drukowano-internetowe są leniwe i nawet często nie chcą publikować przygotowanych przez zespół gotowych informacji prasowych, zredagowanych i opatrzonych ładnym zdjęciem o odpowiedniej rozdzielczości, czyli wymagających zero dodatkowej pracy od redakcji. Niektóre stacje radiowe nie wspomną o koncercie jeśli na plakacie nie pojawi się logo stacji radiowej z dopiskiem "patronat medialny" - dla mnie to już absurd, bo patronat medialny kojarzy mi się z czymś więcej, ale może jestem rozpuszczony i zachłanny? I punkt dla Piotra - jak najbardziej, gazety i portale powinny w poniedziałek publikować relacje albo chociaż podsumowania z imprez i koncertów, które się odbyły w weekend, bo w ten sposób zaznaczyłyby, że te wydarzenia są ważne na kulturalnej mapie miasta lub regionu.


Jakie z tego wnioski?

Jest w Polsce całkiem spora ilość ludzi, którzy chcą chodzić na koncerty, mają na to pieniądze i lubią tak spędzać czas, ale nie robią tego bo często nie wiedzą, że coś się dzieje w okolicy.

Oprócz marnej sieci promocji takich wydarzeń jest jeszcze kwestia ilości - dziś gra na żywo o wiele więcej zespołów niż 10 lat temu, a ludzi lubiących spędzać czas z muzyką na żywo aż tak szybko nie przybywa - więc często nawet wygrana w radiu wejściówka nie jest wystarczającym argumentem, żeby ruszyć się z domu. Ale to nic dziwnego, wiele innych dziedzin życia rządzi się tymi samymi prawami.

Osoby, które kiedyś chodziły na koncerty, ale teraz przestały, bo kluby za mało fajne, zespoły za wysoko noszą nosa, a w ogóle to w USA jest lepiej nie są oczywiście grupą docelową zespołów grających na żywo, bo rolą tych ostatnich jest grać, a nie przekonywać ludzi do innego stylu spędzania wolnego czasu.

Na "scenie" muszą istnieć dobre, średnie i kiepskie kluby, bo zespoły tam grające też dzielą się na te same trzy kategorie. Nikt nie wchodzi od razu na scenę jako dojrzały geniusz muzyczny. Kluby duże i dobre sobie zawsze poradzą, bo będzie w nich grał Kazik, Coma i Myslovitz - artyści z konkretnymi budżetami. Reszta klubów powinna się skupić bardziej na promowaniu, choćby we własnych ścianach, koncertów które się u nich odbywają - starać się stworzyć atmosferę i markę "klubu koncertowego, do którego przychodzą ludzie lubiący słuchać muzyki na żywo" - wtedy wytworzą sobie wierną publiczność, która nie tylko będzie przychodziła na konkretne koncerty, ale też "do klubu", odkryć nową muzykę. To wcale nie jest trudne, wystarczy tylko chwilę się zastanowić i potem konsekwentnie stosować wybraną strategię. Należy też zdecydowac się na jakiś model biznesowy - albo prowadzimy restaurację, albo pub, albo dyskotekę, albo klub z muzyką na żywo!

Z takiej "klubowej" publiczności z kolei będą mogły skorzystać debiutujące zespoły, które będą miały przed kim się zaprezentować - i oczywiście wiadomo, że tylko najlepsi i najbardziej zdeterminowani przetrwają na scenie dłużej niż rok. Takie kluby już istnieją i jestem przekonany, że będzie ich więcej, bo tak jak MP3 nie zastąpiło winyli, tak Youtube nie zastąpi muzyki na żywo.

A muzycy? No cóż - mało kogo stać na to, żeby w wybranym momencie w życiu miał taką sytuację życiową i takie szczęście, że akurat wszyscy członkowie zespołu zechcą postawić wszystko na jedną kartę i spróbować od razu skoczyć na głęboką wodę grając, promując się, bookując koncerty i jeszcze na tym zarabiając. Całej reszcie pozostaje traktować taką działalność jak drugi etat (bo od momentu wystawienia nosa z sali prób przestaje to być hobby - przestrzegam!) i konsekwentnie doskonalić się jako zespół, nabierać doświadczenia na scenie, zdobywać tajemną wiedzę gdzie i dla kogo warto grać, a gdzie nie warto. Zespoły takie jak Porcupine Tree czy Katatonia tak zaczynały, dzisiejsi debiutanci też mogą przejść taką drogę.

Zespół na scenie w konfrontacji z publicznością albo zauważy, że musi jeszcze coś poprawić w swoim przekazie, aby stać się bardziej atrakcyjnym, albo powie to zespołowi realizator w studio przy próbie nagrania pierwszego demo. Jeśli wtedy zespół zignoruje te dwa sygnały, to prędzej czy później i tak się rozpadnie.

Muzycy powinni się skupić na graniu, producenci na produkowaniu, oświetleniowcy na świeceniu, kluby na promowaniu imprez u siebie i na sprzedaży przekąsek oraz drinków, media na promowaniu wydarzeń na swoim terenie.

Jeśli wszyscy będą to robili dobrze - publiczność to doceni.