Jeden człowiek

 

Ten wpis pochodzi z 17 stycznia 2013 r.


Jedne z najlepszych muzycznych wspomnień w życiu, jakimi cieszę się do dziś, są związane z jednym człowiekiem - Pawłem Jóźwickim.


Aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek, poprzez swoją audycję w Radiu Dla Ciebie gdzieś koło 1998 roku, odcisnął tak pozytywne i trwałe piętno na mnie jako słuchaczu muzyki. A jednak tak się stało.

Na jego audycję trafiłem zupełnie przypadkiem, którejś nocy, kiedy siedziałem jak zwykle do późna. Akurat miałem włączone RDC i muzyka, która poleciała z głośników sprawiła, że od tamtej pory zawsze tego samego dnia, w nocy, włączałem radio i zawsze zarywałem noc słuchając do późna muzyki, którą ten człowiek puszczał.

Trafił idealnie w moje ówczesne potrzeby odkrywania nowej, nieznanej muzyki - chłonąłem wszystko, co puszczał, mimo iż nie wszystko mi się podobało, albo raczej nie od razu się spodobało. Wszystkie utwory, które prezentował, mimo iż należały do bardzo różnych gatunków, miały jeden wspólny mianownik, który idealnie się wstrzelił wtedy w moje potrzeby niezmordowanego poszukiwacza nowych dźwięków: były nacechowane odpowiednio wysokim poziomem emocji i wrażliwości.

Pierwszym kawałkiem, który u niego usłyszałem było coś The Opposition - nie pamiętam już co to było, czy "Empire Days", czy może "I Dream in Colour", ale momentalnie przykuło moją uwagę. Takiej muzyki wtedy w Polsce nie grał nikt. No bo kto sięgałby po niszowy, cold-wave'owy zespół?

A potem poleciało dalej - wczesny Myslovitz, genialne Breathless, House of Love.

Gdyby nie audycja Jóźwickiego, jestem tego pewien, nigdy nie poznałbym rewelacyjnej angielskiej kapeli Mainstream, która nagrała kilka singli oraz jedną płytę długogrającą - płytę, która jest i będzie w moim osobistym TOP10 wszechczasów. Płytę, na której jest jeden z najlepiej wyprodukowanych i zagranych z groovem/feelingiem bas, chociaż minęło już ponad 10 lat od jej nagrania. I wokalista, który również zasługuje na miejsce w moim osobistym TOP10 wokalistów, a który niedawno przygotował remiks kawałka mojego zespołu, co jest dla mnie oczywistym spełnieniem marzeń.

Nie poznałbym Paula Drapera i Mansun, zespołu równie ważnego dla mnie i cenionego jak Mainstream. Łamiącego wszelkie bariery grania rockowego i popowego w latach '90, grającego tak ambitny pop-rock, że do dziś nikomu nie udało się przebić tego wyważonego zestawienia łatwo wpadających w ucho melodii z wysmakowanymi aranżacjami.

Nie poznałbym Paula Buchanana z The Blue Nile - faceta o najsmutniejszym głosie na świecie.

Nie sięgnąłbym po płyty The Opposition, House of Love, Myslovitz, Breathless, Manic Street Preachers, Dark Star, The Verve, The Din Pedals.

I do dziś pamiętam opowieści antenowe Pawła o jego wizycie w Londynie na koncercie Mainstream (Anthony Neale wyglądał i zachowywał się na scenie jak "młody Morrison"), i o jego przygodach z zespołem Myslovitz oraz o wyszukiwaniu ciekawych płyt po second-handach na Soho.

Dziś ja też wyszukuję płyty w second-handach i jestem pewien, że tego bakcyla zaszczepił mi Paweł Jóźwicki - bardzo Ci za to dziękuję!