JRK VLOG #077

Ładnych paręnaście (jak nie parędziesiąt!) lat temu mieszkałem w Tunezji z rodzicami. Chodziłem tam do szkoły, moi rodzice tam pracowali. Po prostu, przez 10 lat mieszkaliśmy w Tunezji.

Za każdym razem jak przychodziły wakacje letnie, ponieważ moi rodzice również mieli długie wakacje będąc nauczycielami, przyjeżdżaliśmy do Polski na dwa miesiące. I parę razy zdarzyło się tak, że autentycznie przyjechaliśmy do Polski: nie braliśmy samolotu tylko jechaliśmy samochodem. Braliśmy prom z Tunisu do Genui, potem jechaliśmy przez Włochy, Austrię, itd.

Dwa wspomnienia

Z tamtego okresu, a takich podróży było chyba ze dwie czy trzy, pamiętam doskonale dwie rzeczy. Pamiętam jak serce mi się cieszyło, kiedy wjeżdżaliśmy w rejony postkomunistyczne Europy (typu Słowacja), gdzie się kompletnie zmieniała architektura z austriackiej (ładnej) na taką totalnie brzydką, szarą, gdzie wsie były całe w bałaganie. A ja się cieszyłem, bo się czułem jak u siebie! W tym bajzlu, w tej szarzyźnie, w tych domach-klockach. To jest pierwsze mocne wspomnienie z tamtych podróży.

Drugie wspomnienie jest takie, że te podróże były jednak nudne. Wtedy nie było internetu, nie siedziało się z tabletem w samochodzie, tylko siedziało się z rodzicami a jedyną rozrywką jaką można było mieć to była albo rozmowa albo ewentualnie jakaś książka - i to koniec.

Pamiętam, że zaobserwowałem wtedy, że skala wyczekiwania na to, że coś się skończy (dojedziemy do hotelu, do następnej stacji benzynowej, do celu) jest zależna wprost od długości całej podróży. Gdy mijaliśmy znaki w stylu

Warszawa 1200 km

to po przejechaniu takiej trasy, wydawało się, że przejechanie 120 km to w sumie bardzo blisko. Jak rzut beretem, na piechotę można przejść!

Jeden raz to za mało

Dużo się mówi ostatnio na temat tego, że należy sobie postawić cele i do nich dążyć, że wszystko jest możliwe i że należy sobie udowadniać, że wszystko jest możliwe (i niektórzy codziennie rano biorą zimny prysznic, żeby to sobie udowodnić...). W tym temacie jest trochę jak z tą odległością do Warszawy.

O ile takie wychodzenie ze swojej strefy komfortu powtarza się regularnie, żeby sobie udowodnić, że potrafimy coś zrobić i że się nie boimy, to jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Tak samo jeżdżąc regularnie w dalekie trasy jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że mamy do celu 1200 km i wtedy mniejsze odległości wydają nam się nieproporcjonalnie krótsze.

Natomiast nie wystarczy raz przebiec maratonu, raz sobie coś udowodnić, żeby to zostało na całe życie. Po pewnym czasie gdzieś to nam zniknie we mgle naszych wspomnień. Przyzwyczaimy się znowu do tego, że nie wychodzimy z naszej strefy komfortu, że nie robimy tych rzeczy, które są dla nas trudne albo nienaturalne. Tak samo gdy często nie robi się wyczerpującej trasy, gdzie jest 1200 km do Warszawy, to nagle się okazuje, że te 120 km to jednak jest daleko.

Warto zatem sobie codziennie wybierać jedną rzecz, której się boimy albo której nie mamy chęci robić ... to może być coś straszliwie prostego i małego. Np. założyłeś sobie, że codziennie rano będziesz wstawać o 5:00 rano, a Ci to ostatnio nie wychodzi, to skup się na tym. I tylko na tym. A nie na tym, żeby oprócz tego jeszcze chodzić na siłownię i brać codziennie rano zimne prysznice i uprawiać "intermittent fasting".

Wyjścia ze strefy komfortu powinny być tylko małym kroczkiem, ale za to często wykonywanym! Lepsze rezultaty osiągniesz, jeżeli będziesz to robić regularnie.